Warecki & Warecki 

... pomagamy ludziom rosnąć ...

Blog czerwiec 2014

20 czerwca

Trzy w jednym

Albert Camus twierdził, że po tym, jak człowiek jak gra w piłkę nożną, można poznać cały jego charakter, temperament i system wartości. Mecz może wygrać jeden zawodnik, jak na przykład Diego Maradona, ale i bez gwiazd można zwyciężać, gdy zatryumfuje duch zespołowości. W grze zespołów można dostrzec: konformizm lub rewolucyjność, niezłomną taktykę i dyscyplinę lub – przeciwnie - spontaniczność i improwizację. Być może mimo globalizacji w grze reprezentacji narodowych wnikliwe oko potrafi dostrzec unikalne cechy narodowe (wady i zalety) niemniej w zespole na przykład Francji większość graczy to czarnoskórzy i jak to ma się do charakteru Francuzów trudno powiedzieć – choć może to właśnie signum temporis.

Latynosi a zwłaszcza Brazylia to wirtuozeria techniczna, artyzm, spontaniczność oryginalność. Niemcy to każdy wie: żelazna dyscyplina i finezja drogowego walca. Holendrzy znów Graja futbol totalny: świetna gra zespołowa i fenomenalne popisy gwiazd takich jak van Percy. Włosi są przebiegli, świetni technicznie, dobrze grają zespołowo tyle, że na razie na EURO im nie idzie za bardzo.

Super skomercjalizowanie futbolu, wymagania mediów, klubów, inwestorów, kibiców - powodują szybie wyczerpywanie się zespołów i zawodników. Z badań wynika, że najbardziej narażoną na zużycie częścią ciała futbolisty nie jest śródstopie ani mięsień dwugłowy, ale mózg, zalewany bezustannie hormonami stresu. Garrincha, George Best, Gerd Muller – to nie tylko genialni wirtuozi piłki, ale łączy ich również choroba alkoholowa. Wypalenie zawodowe jest chorobą sportowców i trenerów.

To samo dzieje się z zespołami, które na pozór są monolitami, ale w trakcie turniejów czy rozgrywek pękają i – gdy ujawniają się ukryte konflikty - tracą wolę zwycięstwa i motywację, popadają w apatię.

Eli Ben-Naim, Sidney Redner i Federico Vazquez, uczeni z Los Alamos National Laboratory w stanie Nowy Meksyk postanowili zbadać, która z dyscyplin sportowych dostarcza największych emocji odbiorcom, a jako wskaźnik przyjęli, jak często drużyna z pozoru słabsza ogrywa faworyta. Przeanalizowali 300 tys. meczy hokejowych, koszykówki, baseballu, futbolu amerykańskiego i piłki nożnej. Najbardziej nieprzewidywalny i przez to emocjonujący był właśnie futbol.

Od czego zatem zależy wygrana lub przegrana zespołu?

  1. Jak zawodnicy umieją wykonywać swój zawód – jak kopią piłę, strzelają wolne, łapią na przedpolu, czyli kompetencje zawodowe;
  2.  Drugi to: kontuzje, słupki, poprzeczki, sto innych nieprzewidzianych spraw - czyli procesy stochastyczne, coś tak nieuchwytnego jak szczęście.
  3.  Trzeci czynnik  ma charakter psychologiczny:  jakość działania zespołu w połączeniu z kompetencjami psychologicznymi graczy, czyli jak zorganizujemy zespół genialnych albo całkiem przeciętnych kopaczy. Zespół, jeszcze raz zespół!

9 czerwca.

31 maja 2014

Żółwie Ninja muszą być uczciwe

 

W zabawy, świat i zachowania dzieci wdrukowane jest prawo naturalne, w którym istnieje silny konflikt dobra ze złem, a także sprawiedliwość. A zarazem zabawa pozwala im oswoić przerażający często świat – mówi badacz.

Koledzy z mojego podwórka mieli zwyczaj siadywać na skraju dachu wieżowca, przebierając spuszczonymi w dół nogami...

Wojciech Warecki, psycholog:
Aż dreszcz mnie przeszedł. Spadł któryś?

Skądże, wszyscy dorośli. Podobnie jak inni hardcorowcy grający ongiś nożami w pikuty, zwisający z najwyższych gałęzi drzew czy jeżdżący w szybie na dachu windy. Czy dzieci są niezniszczalne?

Wątpię. Nie potrafią tylko oszacować ryzyka. Nie są w stanie przewidzieć konsekwencji własnych czynów, dlatego tak „odważnie" podejmują różne ryzykowne gry. Korczak ładnie mówił, że najwyraźniej czuwa nad nimi całe stado aniołów, inaczej już po godzinie zabawy większość byłaby bez oczu i rąk.

A pan w co się bawił?

Zwykle w czterech pancernych, bo my, dzieci PRL, byliśmy zindoktrynowani. Oczywiście każdy chciał być Jankiem lub Marusią, zatem największy kłopot sprawiało nam obsadzenie roli psa. Ale często bawiliśmy się też w Zorro, bo w telewizji leciał taki serial. Równie chętnie się biłem, bo chłopcy zawsze chętnie się biją przy różnych okazjach.

Bywają też okrutni. Moje pokolenie po cichu, lecz z upodobaniem, dręczyło żaby, koty i inne zwierzęta...

Pewnie ze strachu przed wyśmianiem. Ten, kto się różni od grupy czy gorzej sobie radzi w zabawie, może być uznany za odmieńca, czyli brutalnie wyszydzony i obśmiany. A to bywa gorsze niż śmierć. Etykietka grubasa, fajtłapy czy tchórza bywa nad wyraz trwała i komplikuje życie. Teraz, co gorsze, można kogoś obsmarować na Facebooku. A grę w zośkę pani pamięta?

Ja już w to nie grałam.

A ja tak. Do kawałka ołowiu przyczepiało się włóczkę i tym się odbijało. Im dłużej, tym lepiej. Dziewczyny, kiedy jeszcze były dziewczynami, bo teraz to już nie takie pewne, bawiły się w różne dziewczyńskie gry – dom, sklep, szpital: takie historie. Grały też w gumę – skakały na różne sposoby po białej gumce do bielizny naprężonej między dwoma krzesłami czy ławkami. Często też coś kolekcjonowały. Pani też?

Owszem... opakowania z zachodnich czekolad. Trudno uwierzyć, że sam upolowany papierek po milce z Peweksu wydobywał z człowieka jęk rozkoszy i był szczytem luksusu...

Bardzo przyjemne czasy! Teraz na wielu osiedlach nie ma nawet podwórek, więc dzieci nie za bardzo mają gdzie się spotkać. Ale okazuje się, że to niekoniecznie dużo zmienia.

Współczesne dzieci bawią się tak samo?

Dość podobnie. Kilkulatki dalej wciąż coś kolekcjonują. Ale teraz są to figurki z klocków Lego, karty z wizerunkami piłkarzy czy postaci z bajek, zwierzątka typu Pet Shop i inne takie. A dawna zabawa w Zorro? To tylko funkcja filmu. Podobnie jak obecnie wcielanie się w Transformery, Kucyki Pony czy Żółwie Ninja. Zawsze modne są też klasyczne opowieści: Kopciuszek, Królewna Śnieżka, Muminki czy Czarnoksiężnik z Krainy Oz. Tym bardziej że wiele z nich ma wciąż nowe filmowe interpretacje, bo najwyraźniej nie wymyślono dotąd nic lepszego. A współczesne dzieci zanurzone są w mediach po uszy, bo rodzice nie mają czasu, by się nimi zajmować...

Peerelowscy rodzice też widać go nie mieli, bo i pan przecież się bawił w czterech pancernych i psa...

W Peerelu byliśmy niewolnikami komunistów. Teraz mamy postęp i ludzie są niewolnikami mediów czy biurokratury zabierającej efekt ich pracy, nawet o tym nie wiedząc. Ale wracając do zabaw: chłopcy wciąż z tym samym zapałem grają w piłkę, bo to fenomenalnie prosta i łatwo dostępna gra. Wystarczą dwa patyki czy kosze na śmieci i już grają, a potem się kłócą i znowu grają, i zabawa jest pyszna...

...dopóki nie zobaczą rąbka tabletu wystającego z matczynej torby, bo wtedy cała zabawa przenosi się w strefę online. Mój 12-letni syn prosto po lekcjach zasuwa do domu, by okupować komputer do późnych godzin nocnych...

Więc proszę sobie ponarzekać! Ale rodzic nie jest od tego, by łoić piwo przed telewizorem, tylko by się zajmować własną progeniturą. To on ma określić reguły: w co i kiedy się bawimy, kiedy daje klapsa, a kiedy nie daje, kiedy jest papu, a kiedy, przepraszam, srapu, i tak dalej. To bardzo proste i nie ma w tym żadnej sztuki.

Dziękuję. Wypiję to piwo za pańskie zdrowie.

Widzi pani, różne badania mówią, że u dzieci nadużywających tabletów znacznie gorzej rozwija się intelekt, bo dzieci w wielkim stopniu rozwijają się w aktywności fizycznej, w ruchu. Komputer jest świetny, ale tylko na chwilę, jako uzupełnienie normalnego życia.

Ale gry to nie tylko strzelanki: są też przygodowe, strategiczne, edukacyjne.

Dlatego mamy takie pokolenie: z wyłupiastymi oczami. Pamięta pani, jak mówili w „Moskwa-Pietuszki" Jerofiejewa, że nasz naród ma „gały wyłupiaste"? Przychodzę raz do znajomej o dziewiątej rano i pytam: „Gdzie twój syn?". „Jasio leci na misji helikopterem" – mówi ona. Mija czwarta po południu, pytam: „Gdzie Jasio?". „Już doleciał do połowy misji" – odpowiada. To chyba nie o taki model aktywności nam chodzi, choć jest on, bez wątpienia, wygodny dla rodziców.

Ale dzieci spotykają się w tych grach z przyjaciółmi znanymi z realu...

Mój kolega wszedł kiedyś na dłuższą chwilę w grę, w którą z upodobaniem grał jego syn, po czym odwrócił się od monitora i mówi: „Wojtek, ja miałem, k..., lęki! A mały gra w tę grę po parę godzin dziennie!". Wie pani, co w psychologii znaczy termin „modelowanie"?

Dzieci uczą się świata przez naśladowanie innych.

Właśnie. Jeśli ktoś za bardzo utożsamia się z jakąś postacią, może zachowywać się potem tak jak ona. Kogoś tam zabije czy skoczy z balkonu jak Batman, myśląc, że to da się odwrócić albo że człowiek może latać...

Albo, uchowaj Boże, walczyć...

To co innego. Przyzna pani, że część chłopców ma potem zostać żołnierzami. Może przez takie bzdurne teorie o pacyfistycznym wychowaniu teraz takich żołnierzy nie mamy, co niekoniecznie może wyjść nam na dobre. Tu chodzi o zachowanie zdrowego rozsądku. Jeśli chłopak pogra w grę wojenną przez godzinę, nic mu się nie stanie. Ale jeśli pół doby przesiedzi nad grą o wysokim stopniu agresji, gdzie trup ściele się gęsto i spadają głowy? Wtedy ma duże szanse zostać psychopatą. To co innego niż bieganie po podwórku z karabinem z patyka w ręku i okrzykiem: „Ga-ga-ga-ga nie żyjesz!" na ustach.

Jak to „co innego"?

Jak świat światem, kawałek patyka służył chłopakom za karabin i nic tego nie zmieni. Dla mnie zabawy „bronią" stanowią klasykę zachowań chłopców, czy to się komuś podoba czy nie, i nawet jeśli zaczniemy to ograniczać, życie i tak zrobi z tym porządek. Zgadzam się, że byłoby lepiej, gdyby chłopcy bawili się w dwunastu apostołów, ale tak się składa, że wolą się bawić w gry wojenne.

A jeśli chłopiec sam z siebie bawi się lalkami?

To niech się bawi. Nie miała pani kolegów chętnie biorących udział w zabawę w dom ani koleżanek chętnie kopiących piłkę? Nie traćmy zdrowego rozsądku! Dzieci powinny bawić się według własnego wyboru, tak jak bawiły się od początku świata. Wiadomo, że chłopcy są bardziej agresywni, czupurni. Niby bawi się spokojnie klockami, a tu nagle palnie jakiegoś innego tym klockiem i ganiają się w koło po sali – i jest to naturalne. Dziewczynki wydają się bardziej skupione i skoncentrowane. I od niemowlęctwa szybciej odczytują to, co się dzieje na twarzy drugiego człowieka, bo mają inaczej niż chłopcy okablowany mózg. I nikt tego nie zmieni.

A ktoś próbuje?

Owszem. Dlatego tak bardzo się boję pomysłów na zabawy gender: przebierania chłopców w dziewczynki i odwrotnie, i tym podobnych. Wystarczy poczytać „Płeć mózgu" Moir i Jessela i już wiadomo, że teoria gender nie ma żadnych podstaw naukowych. To dla mnie diabelskie sztuczki w służbie demoralizacji ludzi...

Nic na siłę?

Otóż to. Weźmy izraelskie spółdzielcze gospodarstwa rolne – kibuce, gdzie unifikowano kobiety i mężczyzn, nawet cechy płciowe maskując ubraniem. Jedyne, co miało ich odróżniać, to ciąża i poród. Tam właśnie na siłę próbowano wtłoczyć dziewczynki na traktory, a chłopców w zabawy lalkami. I co? Nic z tego nie wyszło. Po wyjściu z kibuców sami z siebie powracali do tradycyjnych ról kobiecych i męskich. Widać, że w żadnym razie nie jest to kwestia ani wolnego wyboru, ani też wychowania, bo ludzie różnią się czymś o wiele poważniejszym niż wygląd genitaliów.

zy zabawa ma jakiś cel?

Z definicji jest autoteliczna, jest celem sama w sobie. Bawimy się dobrowolnie, bo sprawia nam to radość i przyjemność, wywołuje napięcie płynące z samego faktu tej zabawy. Przy okazji: seks dorosłych par ma wszelkie znamiona zabawy, o ile nie jest dla kogoś męczącą koniecznością. Każda gra musi mieć reguły, wymaga wspólnoty i rywalizacji, zwłaszcza w przypadku gier ulubionych przez chłopców. Dlatego nie tylko dzieci, ale też ludzie starzy i młodzi tak chętnie się bawią.

I nie ma tu żadnego spisku?

W kwestii zabaw dorosłych to już nie takie proste. Żyjemy przecież w świecie społecznym i  każdy władca takiego świata od początku ludzkości wiedział, że najlepszą formą kontroli społecznej jest właśnie rozrywka. Tyle że kiedyś trzeba było się gdzieś pofatygować, na przykład do Koloseum na igrzyska. Fajnie było popatrzeć, jak ktoś kogoś rozrywa czy rąbie na kawałki, bo ludziom zawsze sprawiało to wiele radości. Teraz owa ludyczność oznacza co innego. Ot, spójrzmy na naród niemiecki: bardzo zorganizowany, bo to cywilizacja gromadnościowa.

Co to znaczy?

Gromadnościowa, czyli taka, w której ważniejsza jest grupa niż osoba, pisał o tym Feliks Koneczny. Innymi słowy, gdy się nakaże, ludzie będą albo demokratami, albo faszystami, albo nawet mogą polecieć na Księżyc. W przypadku Niemców obecnie sport jest w ich życiu wszystkim. I cóż? Okazuje się, że przeciętny Niemiec nie ma czasu na zjedzenie ukochanej kaszanki czy brunszwickiego salcesonu, bo władcy dusz dbają, by codziennie miał jakiś mecz czy rozgrywki do obejrzenia. Bo gdyby odcięto telewizje sportowe, ludzie mogliby się zacząć zastanawiać, kim oni właściwie są, co z tym gender i dlaczego aż milion Niemców dziennie korzysta z usług prostytutek. A wtedy pewnie umarliby z wysiłku lub zrobili coś, co się nie mieści w logice systemu...

Bawimy się, by nie myśleć?

Poniekąd. Idea jest taka, żeby człowiek chodził do pracy, a po niej zajmował się rzeczami   nieistotnymi: oglądał sport, teleturnieje, festiwale, nie zaprzątając sobie głowy myśleniem, że może być tam jakiś patriotyzm, bunt, sens czy inne takie niemodne pojęcia. Dziś nawet wiadomości mają strukturę programów rozrywkowych. Spójrzmy na wieści z Ukrainy. Miło oglądać przy rosole, jak czołg gdzieś tam kogoś rozjechał...

To lepiej nie pokazywać?

Moim zdaniem przedstawianie wydarzeń wojennych w sposób tak banalny jak obecnie ma pewną funkcję. Ma nas przyzwyczaić do takich widoków na tyle, że gdy nam czołgi będą jeździły pod oknem, wciąż będziemy chodzili do pracy i oglądali wiadomości, nie zajmując się samoobroną czy myśleniem. Mam też świadomość, że organizują to dobrzy specjaliści... z tradycją. W czasach głębokiego kryzysu w Stanach Zjednoczonych w telewizji na okrągło leciały programy rozrywkowe: rozmaite teleturnieje, reality show i konkursy. Teraz nam też się funduje nieustanny festyn. Zabawy w rozpoznawanie melodii, taniec z plejadą „gwiazd" lub dla odmiany śpiewające o Słowianach biuściaste niewiasty.

Dzieci nie pozwolą sobą tak manipulować ?

Z dziećmi jest inaczej. W ich zabawach i teraz, i dawniej świetnie odzwierciedlane są normy społeczne. Weźmy na przykład Żółwie Ninja: muszą być odważne, uczciwe, bronić słabszych. Nie słyszałem, by wygrywał zdrajca, oszust, kłamca czy oportunista. Ba, zaryzykowałbym nawet tezę, którą rozwija Clive Staples Lewis w książce „Chrześcijaństwo po prostu".

Jaką?

W zabawy, świat i zachowania dzieci wdrukowane jest prawo naturalne, w którym istnieje silny konflikt dobra ze złem, a także sprawiedliwość. Proszę zauważyć, że nie ma tam miejsca na żaden moralny relatywizm, obłudę ani drobne cwaniactwo.

W filmie na You Tube można obejrzeć, jak mali Syryjczycy bawią się w egzekucje: jedni rozstrzeliwują, inni ścinają głowy mieczem. Dzieci z „Medalionów" Nałkowskiej bawiły się w palenie Żydów...

To ważny rodzaj zabawy. Wydaje się bulwersująca, ale pozwala zrozumieć i oswoić rzeczywistość. Dzieci od zawsze odtwarzają w zabawie przeżyte sytuacje, bez względu na to, czy to będzie ślub, wizyta u lekarza, czy utrata kogoś bliskiego lub pogrzeb. Gdy dzieci ubiorą coś w zabawę, pomaga im to zredukować lęk i uczy świata.

Uczyć świata mają teraz specjalne gadżety. Hasło „zabawka edukacyjna" szeroko otwiera portfele rodziców...

Zwłaszcza tych oglądających telewizję. Taki rodzic wyobraża sobie, że jak nakupuje dziecku zabawek „edukacyjnych", to ono zostanie geniuszem, a on sam będzie mógł dalej ze spokojnym sumieniem zalegać  przed telewizorem. Wiem, że to uproszczenie, ale z grubsza tak to wygląda. Widziała pani serię amerykańskich komedii z Robertem de Niro: „Poznaj mojego tatę", „Poznaj moich rodziców" i „Poznaj moją rodzinkę"? Tam właśnie doskonale pokazano w krzywym zwierciadle taki model myślenia. Jasne, że w edukacyjnych zabawkach nie ma nic a nic złego, ale nie zastąpią czytania książki, rozmowy z dziećmi czy troski rodziców.

Bez zabawek dzieci się nudzą...

Trochę nudy jeszcze nikomu nie zaszkodziło. A dzieci potrafią się bawić dosłownie wszystkim: od garnków po podstawki do kwiatów. I to właśnie rozwija ich wyobraźnię, uczy kreatywności. A jeśli młody uwielbia czasem nic nie robić? Trudno. Żyjemy w cywilizacji, która uparcie musi wszystko nazwać. Dlatego jeśli dziecko jest żywe i wali innych po łbie, to zaraz pojawia jakiś mądrala i mówi: „O! to ADHD!". A czegoś takiego nie ma...

ADHD nie istnieje?

Nie wchodźmy w to, bo będę musiał obszernie uzasadnić. Powiem tylko, że są badania świadczące, że to wymysł. Za moich czasów dzieci bywały niegrzeczne czy nadpobudliwe, co wynikało ze zmiennych kulturowych albo biologicznych. A jeśli dziecko z kolei nic nie robi, tylko siedzi i myśli, to mówią: „O! ten to jest zapóźniony, za wolno się rozwija". Moim zaś zdaniem normy są bardzo płynne, a ludzie wykazują dużą zmienność. Dzieci mają różny temperament i tylko bardzo szczegółowe badanie pomoże stwierdzić, czy dziecko faktycznie ma jakiś problem. A tymczasem należy śmiało używać zdrowego rozsądku. Ma pani telewizor?

Tylko radio.

To pewnie pani nie wie, że współcześnie każdy ekspert stara się wyłożyć wszystko w swoim slangu, tak zawile, aby nikt niczego nie zrozumiał i nie mógł się zdać na zdrowy rozsądek. Tymczasem ekspert ów jest właśnie od tego, by wytłumaczyć sprawę zrozumiale i jak najprościej. Tym bardziej że jako naukowiec żadnej prawdy nie stwarza, odkrywa tylko to, co Szef zawarł w przyrodzie.