Warecki & Warecki 

... pomagamy ludziom rosnąć ...

Blog maj 2015

Co ma garnitur do wyborów prezydenckich?

 

Właściwie nie ma co się wysilać na jakieś przemądrzałe komentarze. I tak każdy wie swoje, to znaczy: co jest mu wygodne i na rękę. Albo nie chce wiedzieć, bo go to nie obchodzi i polityka go denerwuje.

Co myślą i zrobią ludzie dokładnie nie wiadomo. Jedni komentatorzy diagnozują przebudzenie, inni osłabienie. Nadzieje na zmianę u ludności raczej umiarkowane. Życie polityczne to taki tam teatr kabuki, w którym od zawsze wszystko jest ustalone. Scenariusz nie do zmiany, role rozpisane.

 

System PRL bis został zużyty do cna. Ścieżki kariery w wielu dziedzinach są szczelnie zamknięte. Stanowiska jak za PRL-u obsiadła nomenklatura. My mamy brać kredyty i tyrać jak niewolnicy. Czy można to zmienić? Jak znaleźć wyjście z tej patowej sytuacji?

Ci, którzy się uważają za naszych przywódców to generałowie bez armii, choć oni zapewne sądzą inaczej. Mała jest szansa, aby w razie nadzwyczajnego rozwoju sytuacji pociągnęli za sobą naród. Ich naturalną aktywnością jest pyskowanie w różnych kropkach nad i oraz sejmowych korytarzach. Nie mają żadnej realnej siły ani charyzmy. Grają w grę, którą im podstawiono, nazywaną demokracją parlamentarną (która zresztą w Polsce i Europie robi raczej bolesną klapę) bo tak im jest wygodnie i nie muszą robić nic innego.

Doprawdy trudno sobie wyobrazić, aby grupa przestępcza (może grupy) które rządzą Polska tylko dlatego, że przegrają wybory dobrowolnie dopuściły opozycję do materiałów dokumentujących ich zdradę i zaprzaństwo.

 

Nie wydaje się, żeby obecny układ polityczny był możliwy do reperacji. Aby można było wcisnąć recovery i podnieść system do działania. Raczej trzeba wyświetlić tablicę game over i zacząć wszystko od początku. Nie znaczy, że trzeba wyprodukować szalejąca rewolucję i jej krwawych jakobinów. Idzie o to, aby nastąpiła podobna samoorganizacja narodu, jak to było za Pierwszej Solidarności w 1980 roku. Czy to jest możliwe? U Boga wszystko jest możliwe. Na ludzki rozum nie do pojęcia.

Już niedługo będziemy znali wyniki wyborów i przenikliwi komentatorzy, prorocy dnia wczorajszego udowodnią nam po raz kolejny, że wszystko dokładnie przewidzieli. Swoimi błyskotliwymi komentarzami wprowadzą nas znów w zachwyt dla ich podziwu i intelektu.

 Co byśmy bez nich robili? Politycy też będą lukrować swoje wyniki mówiąc, że jest to zaledwie początek drogi i wszystko jest bardzo dobrze a nawet może lepiej.

Czy dla nas z tej całej wyborczej zadymy coś wyniknie dobrego?

 

Zobaczymy.

Co do samych kandydatów…Są kandydaci różni, ale jest ten bezwzględnie najgorszy. Nawet nie trzeba go nazywać po imieniu. Ten, kto wie to wie, a ten, kto nie chce wiedzieć ten się nie dowie. Każdy garnitur na tym urzędzie byłby od niego lepszy. Już raz się zdarzyło, że siły nieczyste porwały takiego gagatka z urzędu i zostawiły garnitur, żeby urzędował za niego. I wiecie, co? Spisywał się lepiej od swojego właściciela? Może to jest droga?

 Mogłoby to się stać na przykład tak:

 

„Za ogromnym biurkiem, na którym stał masywny kałamarz, siedział pusty garnitur i nie

umoczonym w atramencie piórem wodził po papierze. Garnitur był w krawacie, z butonierki

sterczało mu wieczne pióro, ale ponad kołnierzykiem nie było ani szyi, ani głowy, z mankietów nie wychylały się dłonie. Ubranie pogrążone było w pracy i w ogóle nie zauważało panującego wokół zamętu. Słysząc, że ktoś wszedł, odchyliło się w fotelu i sponad kołnierzyka rozbrzmiał dobrze księgowemu znany głos Prochora Piotrowicza:

– O co chodzi? Przecież na drzwiach jest napisane, że nie przyjmuję.

Piękna sekretarka wrzasnęła i załamując dłonie zawołała:

– Widzi pan? Widzi pan? Nie ma go! Nie ma! Oddajcie go, oddajcie!

Ktoś właśnie stanął w drzwiach gabinetu, jęknął i wybiegł. Księgowy poczuł, że ugięły się pod nim nogi, i przysiadł na brzeżku krzesła, nie zapominając wszakże o podniesieniu teczki.

Urodziwa sekretarka skakała wokół buchaltera, szarpała go za marynarkę i wołała:

– Ja zawsze, zawsze go ostrzegałam, kiedy się pieklił! No i dopieklił się! – Ślicznotka

podbiegła do biurka i tkliwym, melodyjnym głosem, trochę przez nos, bo była zapłakana,

zawołała:

– Proszeńka! Gdzie jesteś?

– Kto tu dla pani jest “Proszeńka”? – jeszcze głębiej zapadając w fotel wyniośle zasięgnął

informacji garnitur.

– Nie poznaje! Mnie nie poznaje! Coś takiego!... – załkała sekretarka.

– Proszę nie szlochać w moim gabinecie! – gniewnie powiedział zapalczywy garnitur w

prążki i rękawem przyciągnął do siebie kolejny plik papierów, najwyraźniej zamierzając napisać na każdym z nich swoją decyzję.

– Nie, nie mogę na to patrzyć, nie, nie mogę! – krzyknęła Anna Ryszardowna i wybiegła do

sekretariatu, a za nią jak z procy wypadł księgowy.

 

– Siedzę, niech pan sobie wyobrazi – opowiadała sekretarka znowu wczepiając się w rękaw

księgowego – a tu wchodzi kot. Czarny, wielki jak hipopotam. Ja, oczywiście, krzyczę na niego: “A psik!” Uciekł, a zamiast niego wchodzi tłuścioch, też ma jakiś taki koci pysk, i powiada: “Co to, obywatelko, krzyczycie “a psik!” na interesantów?” – iż miejsca szast do Prochowa Piotrowicza. Ja, oczywiście, za nim, krzyczę: “Czy pan zwariował?” A on jak ostatni cham – prosto do Prochora Piotrowicza i siada w fotelu, naprzeciwko niego. No, i... Prochor Piotrowicz to dusza człowiek, ale nerwowy. Uniósł się, to prawda. Nerwy ma stargane, haruje jak wół – no, cóż, wybuchnął: “Co to za wchodzenie bez zameldowania?” A ten bezczelny typ, niech pan sobie wyobrazi, rozwalił się w fotelu i mówi z uśmiechem: “Przyszedłem, powiada, obgadać interes”.

Prochor Piotrowicz znowu się uniósł: “Jestem zajęty”. A ten, niech pan sobie wyobrazi, na to:

“Nieprawda, wcale pan nie jest zajęty”... Coo? Wtedy, oczywiście, skończyła się cierpliwość

Prochora Piotrowicza, wrzasnął: “Co to ma znaczyć? Wyrzucić go stąd natychmiast, niech mnie diabli porwą!” A ten, niech pan sobie wyobrazi, uśmiechnął się i powiada: “Niech diabli porwą? To się da zrobić!” I – trach! Nie zdążyłam nawet krzyknąć, patrzę, nie ma tego z kocim pyskiem,i sie... siedzi... garnitur... Eeeee! – zawyła rozwarłszy usta, które zupełnie już zatraciły jakikolwiek kontur.

Zakrztusiła się szlochem, nabrała tchu i bluznęła zupełnie już od rzeczy:

– I pisze, pisze, pisze! Zwariować można! Rozmawia przez telefon! Garnitur! Wszyscy

pouciekali jak zające!”[1]

 

Prawda, że to dobra koncepcja?



[1] Michajł Bułhakow, Mistrz i Małgorzata