Warecki & Warecki 

... pomagamy ludziom rosnąć ...

Blog styczeń_2016

27 stycznia

Zarządzanie pół żartem, pół serio [1]

 

Na zarządzanie można spojrzeć i z przymrużeniem oka, dostrzegając niczym w krzywym zwierciadle wszelkie przywary, dręczące społeczeństwo. Robiło z mniejszym lub większym powadzeniem wielu autorów.

Spójrzmy na przemyślenia niejakiego Catta:
1.  Im przełożony mniej wie, co robi jego podwładny, tym większa pewność  utrzymania się na stanowisku.

Cóż… ma to w pewnych wypadkach głębokie uzasadnienie i wielu pracowników stara się, jak może, utrzymać groźnego pryncypała w całkowitej ignorancji, słusznie obawiając się nieoczekiwanego przypływu jego aktywności.
2.  Wobec tego sprawozdania powinny być w miarę niezrozumiałe i budzić u zwierzchnika przekonanie o wielkości zadań, rozległości kontaktów i niepodważalności autorytetu specjalistycznego. Sprzyja temu język, w którym proste i zrozumiale terminy zostały zastąpione skomplikowanymi i niezrozumiałymi.

Ta prawda stosowana jest powszechnie, ponieważ nic tak nie sprzyja budowaniu imagu jak stwierdzenia, że coś jest transcendentnie immanentne w sensie epistemologii kantowskiej traktowanej w sensie stricte, naturalnie.
3.  Fama o wielkości pracownika idzie w górę ze szczebla na szczebel. W przypadku niepowodzenia zachowuje się tajemnicę i na szczeblach zapada w tej sprawie grobowe milczenie, ponieważ wszyscy się w nią zaangażowali.  Chyba, że konsekwencje milczenia są zbyt kosztowne i nie można sobie na nie pozwolić.

Oczywiście zakłada to, że w organizacji można awansować, a nie jest to zawsze takie pewne. Patrząc na przykład na obyczaje rządowe premier Kaczyński i min. Ziobro przyznali się do błędu, jakim było promowanie Kaczmarka. Zawsze to jakaś nowość.
O Parkinsonie słyszał chyba każdy a termin parkinsowanie wszedł do codziennego języka na oznaczanie powolnego oraz nieskutecznego działania. Przejdźmy do konkretów:
1.  Im więcej mamy czasu na wykonanie konkretnej pracy, tym więcej czasu praca ta zabierze.

Zasada ta działa niczym obiektywne prawa grawitacji – jeśli masz na raport tydzień robisz go w tydzień, jeśli 3 godziny to w 3 godziny.
2.  Wydatki wzrastają proporcjonalnie do wzrostu dochodów. To wie każdy rozsądny człowiek zwłaszcza, jak może wydawać nie swoje pieniądze, na przykład, jeśli jest urzędnikiem państwowym
3.  Ekspansja oznacza złożoność, a złożoność równa się dekadencji. Kiedy organizm się rozszerza, rodzi się konformizm. Konformizm jest nieuchronną konsekwencją gigantomanii. W pewnym momencie różnice między ludźmi przestają istnieć. Jeśliby to odnosić do systemów totalitarnych takich jak komunizm czy faszyzm, wszystko się zgadza.
4.  Jakakolwiek instytucja – rządowa, przemysłowa, naukowa, – której zespół pracowników administracyjnych sięga tysiąca ludzi lub przekracza tę liczbę, by istnieć, nie potrzebuje żadnej innej działalności. Administracja jest samowystarczalna, żywi się własną pracą. Jest to administracja dla administracji.

 Co by tu nie pisać, wiele organizacji – zwłaszcza rządowych – ma właśnie taką tendencję: im bardziej się rozwijają, tym bardziej skupiają się na zajmowaniu się własnymi sprawami. Są wszakże i tacy, którzy uważają, że to jest znacznie lepsze niż zajmowanie się przez nie sprawami, do których zostały powołane…
Prawo Careya akcentuje pesymistyczne spojrzenie na naturę ludzka i organizacje, które są naturalnym środowiskiem funkcjonowania człowieka rozumnego: Każda organizacja, o ile temu nie przeciwdziałać, dąży do pogrążenia się w chaosie. Przeciwdziałanie może na przykład polegać na kreowaniu wrogów zewnętrznych, jak robiły to partie komunistyczne, w celu zwierania szeregów w obliczu zaostrzania się walki klasowej.
Czasem zasadza się wszystko tylko na jednej osobie – mówi o tym Prawo Conwaya: W każdej organizacji (instytucji) jest zawsze jedna osoba, która wie, o co chodzi. Tę osobę trzeba natychmiast wyrzucić. No i wtedy może nastąpić nieskrępowana niczym entropia i chaos. Niekiedy trudno znaleźć i tą jedną...
Każdy chyba wie, jak wygląda praca w biurzet. Opisuje to Prawo Corppsa:  Ilość wykonanej pracy jest odwrotnie proporcjonalna do czasu spędzonego w biurze.  Można by nawet powiedzieć, że podobnie się dzieje, jeśli chodzi o załatwienie jakiejś sprawy – im jesteś dłużej u kolan urzędnika, tym dalej do decyzji.
 Są i tacy, co patrzą na zarządzanie dość sceptycznie jak Haller, który zwyczajnie twierdzi, że: Pierwszym mitem na temat zarządzania jest ten, że ono istnieje. Może i tak, bo czy ktoś w rzeczy samej widział zarządzanie na własne oczy? Może „ostatnim sprawiedliwym” był Władysław Gomułka, który czytał setki stron maszynopisów dziennie i sam decydował, w która stronę świata mają mieć krowy skierowaną mordę w oborze?

Proponujemy, aby przed wejściem do każdego urzędu państwowego czy gminnego umieścić Prawo Kozmińskiego głoszące: Każda organizacja funkcjonuje tak źle, jak tylko może. Wtedy nikt nie będzie mógł narzekać, że został wprowadzony w błąd. Widziały gały, co brały. Przecież każdy rozumie (albo powinien rozumieć), że: W biurokracji awansuje się za działalność, nie za wyniki (Prawo Robinsona), czego dowodzi choćby niezwykła i barwna historia PZPN,i dziwić się tylko można, że jeszcze jest komu sędziować mecze.
Niestety, nie możemy uniknąć drobnej wycieczki w świat polityki do pana Liebermana, którego to badania doprowadziły do sformułowania dość przygnębiającej, choć nie pozbawionej nadziei refleksji: Wszyscy kłamią; nie ma to jednak znaczenia, ponieważ i tak nikt nikomu nie wierzy.
Na dodatek Prawo Manly’ego głosi, iż: Logika jest absolutnie pewną metodą dochodzenia do niepewnych wniosków, co pogrąża nas w chwiejnej prostracji duchowej.

W rzeczy samej nie zawsze żelazne prawa logiki kierują postępkami organizacji i ludzi. Świat był, jest i pozostanie nieco przewrotny, choćby, dlatego, że: Ci, którzy już mają, dostaną najwięcej (Prawo Mathewsa)i wystarczy się wokół siebie rozejrzeć, aby zobaczyć, ile w tym racji i głębi obserwacji. Potwierdza to ludowe spostrzeżenie, że Biednemu zawsze wiatr wieje prosto w oczy

A jak już chcemy coś naprawić, to wszelkie złudzenia rozwiewa Murphy, który mówi jasno: Jeżeli coś może pójść źle, to z pewnością pójdzie.
Wszelkie zawirowania dotyczące skorumpowanych czy niesprawnych urzędników tłumaczy Prawo Webstera: Każda sprawa ma dwie strony z wyjątkiem przypadku, gdy rozważający jest osobiście zaangażowany. W takim przypadku istnieje tylko jedna strona, co wyraźnie widać w czasie dziesiątków czy setek konferencji, które relacjonuje telewizja, kiedy to polityk wyraża zdanie, które sam podziela.
A ponad wszystkim króluje – naszym zdaniem – najważniejsze prawo organizacyjne, czyli Zasada Petera:  W hierarchii każdy pracownik stara się wznieść na swój szczebel niekompetencji. Z biegiem czasu każde stanowisko zostanie objęte przez pracownika, który nie ma kompetencji do wykonania swych obowiązków. Pracę zaś wykonują ci, którzy nie osiągnęli jeszcze swego szczebla niekompetencji.

Nie wiemy tylko czy jest ich tylko coraz mniej, czy coraz więcej.

 

 



[1] Opracowano na podst. „Zarządzanie Teoria i Praktyka „Andrzej K. Koźmiński
Włodzimierz Piotrowsk 1996

 

11 stycznia

Wojna Informacyjna (na podstawie Woda z mózgu)

Pragniemy przypomnieć kilka fragmentów z naszej książki wydanej przez Frondę w 2011 ponieważ wydają nam się nader aktualne. Zanim Szanowny Czytelniku zaczniesz czytać bądź tak miły i zerknij na artykuły, do których linki zamieszczamy:

  1. Patriotyzm nie jest w cenie http://www.rp.pl/artykul/1085889.html
  2. Sondaż "patriotyczny" http://ufka.salon24.pl/572588,sondaz-patriotyczny
  3. Web Brigades - tajemnice Rosyjskiej działalności w sieci http://naszeblogi.pl/44898-web-brigades-tajemnice-rosyjskiej-dzialalnosci-w-sieci
  4. Rosja jest pierwszą w historii dyktaturą wywiadowczą http://www.pch24.pl/rosja-jest-pierwsza-w-historii-dyktatura-wywiadowcza,21327,i.html

Wojna informacyjna to agresja prowadzona bez czołgów i rakiet, ale za to dziesiątkami i setkami specjalistów uzbrojonych w komputery, kamery i mikrofony. Utożsamia się ją niesłusznie z cyberwojną niemniej pojecie to oznacza daleko więcej. Rosja od czasów Putina jest w stanie szczególnie intensywnej i permanentnej wojny informacyjnej, w której tradycyjnie najważniejszym przeciwnikiem jest Polska oraz Ukraina, Gruzja i kraje bałtyckie.

W opinii rosyjskich analityków wojskowych informacjonnaja wojna, to w szerokim znaczeniu „środki stosowane głównie w czasie pokoju i skierowane nie tyle przeciwko siłom zbrojnym, co przeciwko ludności cywilnej i jej świadomości, przeciwko systemowi administracji państwowej, systemowi nadzoru produkcji przemysłowej, nadzoru nauki, kultury, itd.” W węższym rozumieniu, są to działania, których zadaniem jest osiągnięcie przygniatającej przewagi nad przeciwnikiem w sferach:
· skuteczności informacji,
· pełni informacji,
· wiarygodności informacji. [1]

Dobrze to widać na przykładzie katastrofy smoleńskiej, która stała się ważnym polem takich działań. Co prawda Putin ma ułatwione zadanie ponieważ wielu przedstawicieli polskich władz zachowuje się nader niekompetentnie niczym uczestnicy spisku, mający coś do ukrycia. W dziejach współczesnego świata jest to unikalne zjawisko, aby demokratycznie wybrany rząd kraju, oddał śledztwo bynajmniej nie zaprzyjaźnionemu ościennemu państwu.

Przejęcie dochodzenia dotyczącego katastrofy umożliwiło dysponowanie całą krytyczną informacją przez Rosję. Ludzie Putina mówią tylko to, co chcą, kiedy chcą i tylko to, co jest im wygodnie. Mieszają plotkę z częściami prawdy, insynuacje z niedomówieniami, kłamstwa z nieistotnymi informacjami. Przy tym wszystkim wyraźnie lekceważą polskich urzędników. Ostentacyjnie nie dotrzymują terminów, prowadzą ceremonialne rozmowy i wizyty pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Szafują uśmiechami i pustymi obietnicami zgodnie z najlepszymi tradycjami komunistycznych organów władzy. Są nieuchwytni niczym wiatr i twardzi jak skała.

Taka sytuacja uniemożliwia (a w każdym razie bardzo utrudnia) podejmowania trafnych i racjonalnych decyzji, nawet gdyby rząd chciałby takie podejmować. Nie mamy informacji, ponieważ na własne życzenie zrezygnowaliśmy nawet z możliwości ich samodzielnego szukania. Przekładając mądre definicje na język potoczny, wojna informacyjna sprowadza się to takiego otumanienia ludzi, żeby sami, z dobrej woli, wpakowali karki w jarzmo, przekonani, że jest to w ich najlepszym interesie. Wielcy adwersarze toczonej przez blisko pół wieku „zimnej wojny” zgodnie uważają, że zwycięstwo w wojnie informacyjnej należy do tego, kto opanuje zasoby informacji i wiedzy przeciwnika.

(…)

 Przewagę osiąga ta strona, która zniszczy lub wypaczy wiedzę posiadaną przez zaatakowany naród i zmanipuluje tę wiedzę w takim stopniu, że zaatakowane społeczeństwo zacznie zachowywać się zgodnie z zamiarami agresora. Informacyjna ofensywa może koncentrować się na wszystkich obywatelach danego kraju lub tylko na elicie rządzącej i środowiskach opiniotwórczych, które po „przełknięciu” poddanej im informacji wtórnie niejako manipulują współobywatelami. Przy czym, to „przełknięcie” może być świadome - w zamian za określone profity, lub nieświadome - wskutek podstępnego podsunięcia sprytnie „ulukrowanej” informacji.[2]

Istnieje wyraźna skłonności niektórych naszych obywateli zajmujących eksponowane stanowiska do poddawania się bez walki w tej wojnie informacyjnej, Zapewne przyczyną tego jest długa tradycja obecności w naszej historii partii zagranicy. Nie bez kozery nasze obecne czasy nazywane bywają recydywą saską. Wiele osób znaczących – mniej czy bardziej jawnie – zwalcza jak może polski interes narodowy i piętnuje patriotyzm niczym komuniści w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. (…)

Istotnym orężem w ramach działań jest tak zwana informacja niszcząca, która ma za zadanie osłabić przeciwnika w szczególnie istotnych sprawach, na przykład nie dopuszczać kompetentnych ludzi do pełnienia stanowisk decyzyjnych. Sprzyja temu logika partyjnictwa i traktowanie państwa jako zbioru synekur, co prowadzi dokładnie do takich efektów.

 

Przykładem zastosowania informacji niszczącej do osłabienia struktury może być rozpowszechnianie na poły prawdziwych informacji dyskredytujących sprawnego, energicznego i kompetentnego polityka, żeby nie dopuścić go do wejścia w skład rządu, gdzie mógłby objąć resort kluczowy dla interesów państwa[3].  (…)

Jednym istotnych celi wojny informacyjnej jest osłabienie patriotyzmu obywateli. W Polsce –jak ktoś powiedział – ostygły serca dla ojczyzny i wiary. Co się na to złożyło? Istotną rolę w erozji polskiego patriotyzmu i więzi społecznych odegrały media i niektórzy politycy. Patriotyzm jest wartością więziotwórczą i regulującą komunikacje pomiędzy ludźmi w danej społeczności. Jeżeli środki komunikacji społecznej realizują niepolskie interesy i manipulują świadomością społeczną efektem tego jest osłabienie postaw patriotycznych. (…)

Polacy mają już za sobą jeden kryzys tożsamości narodowej, jaki wywołała konfrontacja z komunizmem pragnącym koniecznie stworzyć nowego człowieka (sowieckiego) dla którego naród jest sprawą wtórną. Głównie dzięki Kościołowi i religii Polakom udało się przejść przez te może czerwone ale nie bez strat. Straciliśmy większość elit, nasz rozwój uległ spowolnieniu a więzi społeczne i kultura degradacji, którą odczuwamy do dzisiaj. (…)

Jednym z celi wojny informacyjnej jest dążenie do centralizacji państwa i działanie na rzecz osłabienia jego struktur poziomych, ponieważ wtedy oddziaływanie agresora jest skuteczniejsze. Ludzie w strukturach wertykalnych pozbawieni możliwości decyzji, szybko uczą się bezkrytycznego przyjmowania wszelkich dyrektyw.

Agresor tworzy swoje własne media (czasem po przykryciem), działające na terenie przeciwnika:

W drugiej fazie przejmowania kontroli nad środkami masowego przekazu danego kraju następuje nabywanie już istniejących organizacji medialnych lub tworzenie własnych. Ponieważ otwarte przejęcie przez instytucje państwowe jednego kraju środków masowego przekazu w innym kraju nieuchronnie doprowadziłoby szybko do zdemaskowania wrogich zamiarów, kontrolę nad mediami zdobywa się za pośrednictwem firm prywatnych pod osłoną swobód gospodarki rynkowej. Można w tym celu założyć specjalnie firmę lub firmy o zakamuflowanym kapitale państwowym lub skłonić do współpracy i wykorzystać prywatne organizacje medialne własnego kraju w zamian za różnego rodzaju mniej lub bardziej utajnione subsydia. Mogą to być przykładowo zwolnienia podatkowe, ulgi celne, ulgi pocztowe, itp. Kamuflaż można posunąć jeszcze dalej i przejmować media „pod fałszywą flagą”, czyli pozorując, że nabywający organizację medialną jest prywatną firmą z kraju trzeciego, o kapitale zupełnie niezwiązanym z info-agresorem[4] (…)

Jeżeli już znaleźliśmy się na froncie wojny informacyjnej (czy nam się to podobało czy nie) to co może nam pomóc aby zachować przytomność umysł i trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość?

  • Dzięki szerokiej wiedzy – jeśli taką zdobędziemy w szkołach – możemy łatwiej rozpoznać dezinformację jeśli ktoś nam opowiada duby smalone o historii lub kreuje niestworzone opowieści o ekonomii. Znajomości metod manipulacji pozwala  w porę je rozpoznać i obronić się przed nimi.
  • Warto korzystać z wielu źródeł informacji i sprawdzić, które są wiarygodne a które nie i eliminować te ostatnie. W ogóle najlepiej wyeliminować ze swojego pola uwagi wszelkich fałszywych ekspertów (wielu takich widzieliśmy, jako komentatorów tragedii smoleńskiej), rozmijających się z rzeczywistością polityków Dobrze też mieć swój prywatny ranking wiarygodności mediów i dziennikarzy. Trzeba być uważnym i czujnym, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie spotkamy się z dezinformacją i manipulacją.
  • Nic tak nie pomaga jak jasny i spójny system wartości i zasad z niego wynikających, stosowany w praktyce (dlatego dekalog jest świetną i trwałą podstawą opierania się indoktrynacji).

Wiarygodność informacji bada się na kamieniu probierczym posiadanej wiedzy, wiarygodność posiadanej wiedzy ocenia się w konfrontacji z przestrzeganymi zasadami moralnymi, wiarygodność zasad moralnych sprawdza się w oparciu o prawdy odwieczne, np. w oparciu o 10 przykazań[5]

 

 



[1] Rafał Brzeski, Wojna informacyjna

[2] Tamże

[3] Rafał Brzeski, Wojna informacyjna

[4] Rafał Brzeski „Wojna informacyjna”

[5] Rafał Brzeski „Wojna informacyjna