Warecki & Warecki 

... pomagamy ludziom rosnąć ...

Blog Luty 2015

23 lutego

Gra wstępna i środkowa

 

Podobno tylko dwie rzeczy na świecie są pewne: śmierć i podatki, niemniej inne dwie robimy zawsze i wszędzie: osądzamy i gramy. Gramy tak, jak nam osąd dyktuje i przeciwnik pozwala. Jednym z ważniejszych partnerów naszych gier jest państwo. Nasze osądy społeczne są podstawą gier z systemem.

 „Ludzie podejmują decyzje dotyczące świata społecznego, w którym żyją skuteczniej niż największe komputery.”[1] Gramy z państwem tak, „jak przeciwnik pozwala”, jakby to powiedział Kazimierz Górski. Zobaczymy, jak te „komputery” w naszej głowie, określają rodzaj i pole gry z urzędnikami wszelkiego rodzaju i innymi przedstawicielami RP. Czy warto nam z nimi kooperować, czy też raczej rywalizować?

Jesteśmy zanurzeni w świecie informacji; musimy radzić sobie z zalewem wiadomości oraz komentarzy i opinii i podejmować decyzje, co zrobić, jak postąpić nie mając wiele czasu do namysłu. Często również nie możemy z tego zalewu danych wyodrębnić tych najbardziej istotnych, dlatego chętnie stosujemy użyteczne uproszczenia myślowe, czyli schematy opisujące rzeczywistość i heurystyki, mówiące jak z tych schematów korzystać. Uproszczenia myślowe zwiększają, rzecz jasna, ryzyko błędu, ale usprawniają nasze działanie i przyspieszają je. Kto nam dostarcza schematów? Najczęściej mass media. Owe teorie rzeczywistości produkujemy sami lub są nam usłużnie dostarczane przez medialnych mędrców, często działających wedle zasady, że „największą siłą głupiego jest to, że nie waha się głośno mówić tego, co myśli”.

Dzięki tym schematom możemy jedne prawdy dostrzegać, ale inne nam umykają. To, jak korzystamy z mediów (jakie czytamy gazety, co oglądamy w telewizji, jak używamy  Internetu etc.), czyni nas „współodpowiedzialnymi” za własne schematy.

Dotyczą one różnych rzeczy: od nieistotnych (jaka naprawdę jest rola Calgonu w życiu pozagrobowym pralek), po naprawdę ważne (na kogo się mamy w tym tygodniu oburzać, aby nasz ulubiony komentator polityczny był z nas dumny, a Polska rosła w siłę).

Schematy filtrują informacje zgodnie z naszymi nastawieniami i motywami – to, co nie lubimy odsiewają.

Tak się szczęśliwie składa, że nasza pamięć to pamięć rekonstrukcyjna, czyli nasze wyobrażenie tym, co było – jako się rzekło – rekonstruujemy w naszym umyśle często z dużym udziałem konfabulacji. Dużo na ten temat mogą powiedzieć specjaliści zajmujący się psychologią świadka.

Czyli, można powiedzieć, że schematy to błogosławieństwo, ale i trudność. Bez nich funkcjonowanie wydaje się niemożliwe, aczkolwiek z drugiej strony narażają nas na ryzyko uproszczeń i błędu. Media starają się zawładnąć przestrzenią prywatnych „teorii na temat świata i ludzi”, niczym Kosiarz Umysłów i Zaratustra w jednej osobie.

Niemniej nie tylko media. Duży wpływ na nasze myślenie ma bez wątpienia codzienne doświadczenie (jak nas traktują w urzędzie czy poradni lekarskiej). Rozmowy z rodziną i przyjaciółmi. Również Kościół.

Warto pamiętać o tym, że gdy schemat „się wali”, czyli okazuje swoje braki, mamy tendencję do wytwarzania danych – „twórczego” przetwarzania doświadczeń, które potwierdzą nasze tezy i „zreperują” kulawą teorię. Na przykład to, że w PRL, tak naprawdę, nie było szczególnie źle i że gdyby tylko ludzie, tyle nie kradli, to...

Sposób, w jaki traktuje nas nasze państwo, ma wpływ na to, jak my się zachowujemy i w jakie gry z państwem gramy. W pewnym klasycznym już i wielokroć przeprowadzanym eksperymencie powiedziano nauczycielom, że mają się zajmować uczniami szczególnie zdolnymi (a byli to w rzeczywistości uczniowie przeciętni). I co z tego wynikło? Okazało się, że uczniowie traktowani jako szczególnie zdolni, osiągnęli lepsze rezultaty niż inni. Czy nasze państwo traktuje nas jak uczniów szczególnie zdolnych? Raczej jako potencjalnych obiboków, a może nawet i krętaczy, w związku z tym, być może właśnie dlatego, zachowujemy się tak, jak się zachowujemy. To znaczy nie kooperujemy z RP i traktujemy go jak rywala, a nierzadko jako prześladowcę.

Czy można powiedzieć, że z gramy z naszym państwem partię szachów, czy pokera (choćby nawet i amerykańskiego)?

„Co zatem robią szachiści reprezentujący poziom mistrzowski? Wybie­rają tylko te możliwe ruchy, które są najbardziej obiecujące, i następnie rozgrywają w myślach posunięcia i kontrposunięcia związane z tymi niewieloma możliwościami. To znaczy posługują się strategiami, czy też do­brze wypróbowanymi regułami o charakterze nieformalnym tak, aby zre­dukować ilość informacji, z którą mają do czynienia, do takiego rozmiaru, nad jakim mogą zapanować. Dokładnie to samo robią ludzie w swoim codziennym życiu.” [2]

O jakich heurystykach mówimy?

Naszą „partyjkę” opieramy na reprezentacji świata, jaką mamy w głowie, a która rządzi heurystyka dostępności. Cóż to takiego?

Heurystyka dostępności, jej istota – mówiąc bardzo obrazowo – to jest to, co przychodzi nam w pierwszym rzędzie na myśl, gdy zastanawiamy się nad jakąś sprawą; decyduje o tym, do jakich doświadczeń mamy w tym momencie dostęp.

Nie znaczy to bynajmniej, że to, co dostępne naszemu myśleniu, czy naszej świadomości jest dobrym odzwierciedleniem i wiernym opisem rzeczywistości. Często to, po co „możemy sięgnąć”, może nas wyprowadzić na manowce.

„Wpływ wysoce dostępnego przykładu na zachowanie ludzi został zademonstrowany eksperymentalnie przez Harveya Hornsteina i jego współpracowników (1975). Wyobraź sobie, że przyszedłeś wziąć udział w tym eksperymencie i poproszono ciebie, żebyś posiedział kilka minut w poczekalni. Tak się składa, że włączone jest radio nadające muzykę rozrywkową. Po kilku chwilach dziennikarz podający informacje opisuje albo brutalne morderstwo, albo akt wielkiej wspaniałomyślności — ktoś ofiarował własną nerkę zupełnie nieznajomej osobie z dysfunkcją tych narządów. Następnie pojawia się eksperymentator i wyjaśnia ci, że bę­dziesz brał udział w grze na pieniądze z innym uczestnikiem badań. W tej grze możesz wybrać kooperacje — próbując zmaksymalizować kwotę pieniędzy, którą wygrywasz zarówno ty, jak i partner — albo rywalizację — próbując samemu wygrać większość pieniędzy. Co robisz? W rzeczy­wistym eksperymencie zachowanie ludzi zależało od tego, które z donie­sień zostało przeczytane w ich obecności. Osoby, które usły­szały o ofiarodawcy nerki, były bardziej skłonne do współdziałania z part­nerem niż osoby, które usłyszały o morderstwie. Te różne doniesie­nia zwiększyły w umysłach uczestników badań dostępność przykładów zachowań — odpowiednio: prospołecznych i antyspołecznych. (Autorzy eksperymentu wykluczyli inne interpretacje tego wyniku, np. możliwość, że doniesienie wpłynęło na nastrój osób badanych, a ten z kolei na ich zachowanie się w grze).”[3]

Heurystyka reprezentatywności – to klasyfikowanie rzeczy jako przypadku typowego – a co jest w Polsce typowe, to już rzecz do rozważenia. Kiedyś typowa była gościnność (staropolska) i waleczność (husarsko – ułańska). A teraz? Odpowiedz sobie sam, Czytelniku, na to pytanie.

Zakotwiczenie – czyli punkt wyjścia, odniesienia, wedle którego oceniamy to, co widzimy. Aronson przypomina o niezwykle trafnym spostrzeżeniu filozofa Benedykta Spinozy, wedle którego, ludzie uważają, iż to, co widzą najpierw jest prawdą, a dopiero potem zastanawiają się, czy tak jest w istocie. Czyli jeśli, ktoś lub coś „ zakotwiczy nas ” daleko od brzegu, na którym jest prawda, to trudno będzie do niego dopłynąć. Wynika z tego wniosek, że punkt zakotwiczenia ma poważniejszy wpływ na nasze myślenie niż powszechnie sądzimy i często nie dość mocno modyfikujemy nasze osądy względem niego.

Jaki jest związek pomiędzy schematami i heurystykami: schematy to „książki” opisujące świat (zawierające wiedze o ludziach i sytuacjach), a heurystyki decydują o tym, po jaką „książkę” sięgamy (które są bardzie dostępne, a mówiąc bardziej obrazowo - zajmują więcej miejsca na półce i są bardziej widoczne, oraz które uważamy za bardziej typowe lub związane z konkretnym punktem odniesienia). Im częściej używamy naszych schematów, tym bardziej stają się nasze.

W jaki sposób posługujemy się schematami i heurystykami, gdy tworzymy oceny społeczne?

„Rozpatrzymy tutaj dwojakiego rodzaju procesy wydawania sądu: a) do­konywanie uogólnień z próby na populację; b) określanie związku po­między dwiema zmiennymi, to znaczy tego, jak trafnie na podstawie jed­nej z nich można wysnuwać przewidywania dotyczące drugiej. Z każdym z tych typów sądów wiąże się pewna zniekształcająca tendencja w ludz­kim funkcjonowaniu poznawczym: nie zawsze wykorzystujemy informa­cję w sposób całkowicie logiczny i racjonalny.”[4]

Często szukamy prób tendencyjnych, to znaczy takich, jakie potwierdzają nasze tezy – czyli wnioskujemy na podstawie takiej próbki danych (informacji, wiedzy), jaka jest dla nas wygodna.

Szacowanie współzmienności zmiennych – nie jest złe, jeśli nie używamy schematu, który nas łatwo może zawieść. Bywa, że wiedza o współzmienności jest błędna. Możemy na ten przykład uważać, że kariera polityka zależy od jego rozumu i pracowitości, a w rzeczy samej może zależy od całkiem innych zmiennych, o których nawet strach mówić. Są tacy, co uważają, że wygranie przetargu zależy od jakości propozycji ofertowej, a nie od czegoś innego.

Jeśli chcesz mieć współzależność, to będzie ją miał. Udowodnił to niejaki Bewelas[5], który to przeprowadził następujący eksperyment: wyjmował całkiem losowo slajdy z pudelka, a  ludzie mieli z zadanie powiedzieć wedle jakiej metody to czyni. Okazało się, że każdy stworzył swój model (jedynie słuszny zresztą ). A gdy badacz oznajmił im, że wyjmował obrazki losowo – po prostu nie uwierzyli mu.

Nasze myślenie nie jest złe i te schematy pozwalają nam się orientować w rzeczywistości, mimo, że czasem nas wyprowadzają na manowce. Nie możemy jednak wchodząc w nową sytuację odrzucać wszystkiego.

To, jakie mamy wyobrażenie o rzeczywistości rzutuje na to, jak się zachowujemy, a dokładniej, w jakie gry gramy z największym graczem, czyli z państwem, a że grać musimy, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Większość poważniejszych gier wymyśla właśnie państwo rękami i głowami swoich przedstawicieli. Możemy, w ramach reguł, jakie nam ono wyznacza, konkurować z nim za wszelką cenę (gospodarka), łamać je (podatki…), współpracować (bezpieczeństwo), bądź je ignorować (np. nakaz sprzątania odchodów po swych psich pupilach).

Adam Smith, w swych fundamentalnych „Rozważaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów" twierdzi, że liberalny egoizm skutkuje powszechnym dobrobytem.[6] Wynika z tego, że jeżeli bierzemy się za tę państwową rozgrywkę (i z innymi uczestnikami obecnymi na rynku) powinniśmy za wszelką cenę rywalizować, konkurować, ponieważ inne taktyki (na przykład taktyka kooperacyjna) są – z tego punktu widzenia – niewłaściwe.

Możliwe są różne gry, aby nikogo nie dopadła nuda.

Gry, w jakie gramy, bywają „zerowe” (suma dóbr jest niepodzielna), na przykład przetarg o konkretne zamówienie, objęcie stanowiska kierownika referatu do spraw ważnych etc.; oraz „niezerowe”, kiedy dobra można również dzielić, a nawet pomnażać – wspólna produkcja oprogramowania na zamówienie, powiedzmy, Chińczyków.

Kiedy gramy z państwem? Tak naprawdę przy każdym „styku” z jego przedstawicielami, urzędami i przepisami. Z urzędem skarbowym, obliczając pity, korzystając z państwowej służby zdrowia, przekraczając lub nie prędkość w terenie zabudowanym, łamiąc lub przestrzegając reguły, jakie tworzy administracja. Te najważniejsze i te małe, jak przechodzenie na czerwonym świetle.

Gry „konkurencyjne” to takie gry, w których moja wygrana zmniejsza wyniki innych. Jeśli ja zapłacę mniejsze podatki, to będę miał więcej pieniędzy, a państwo mniej. Uznajesz RP za konkurenta i przeciwnika. Dlaczego przeciwnika? Stanisław Michalkiewicz napisał kilka lat temu, że Polska jest krajem okupowanym przez własną biurokrację i szlachtę gołotę. Taktyka rywalizacyjna z takiego punktu widzenia patrząc, jest jak najbardziej na miejscu i sprzyja przeżyciu.

W pewnym ujęciu, na życie i pracę w państwie można spojrzeć, jak na indywidualny bieg maratoński (pamiętacie film „Wielki bieg”?), w którym wygrać może jeden, a „ostatnich gryzą psy” i mają raczej znikome szanse na to, aby być pierwszymi. Takie sytuacje najlepiej reguluje niewidzialna ręka rynku. Kto dobiega pierwszy – zgarnia nagrodę.

Nie istnieje jedna optymalna strategia na wszystkie okazje. Wszystko zależy od rodzaju gry – recepta Adama Smitha jest dobra dla sytuacji konkurencyjnych, a nie kooperacyjnych – takie jest zdanie p. Jana Kotlarza.

Wyobraźmy sobie, że uczestniczysz w licytacji o dolara i wraz z innymi graczami licytujesz, aby go jak najkorzystniej nabyć (możesz przebijać o 0,25$). Jedyną szansą na wygranie przetargu (w tej grze o sumie zerowej i strukturze konkurencyjnej) jest zmowa. W przeciwnym razie za dolara możesz zapłacić i 5$. Opłacanie (korumpowanie) urzędników za przychylność jest właśnie taką licytacją o dolara.

Oto gra (Dylemat więźnia), niekonkurencyjna i niezerowa, która, daje ci więcej swobody przy podejmowaniu decyzji. Tu, w zależności od taktyki, jaką przyjmiesz możesz liczyć na różny bonus; istnieje również niebezpieczeństwo przegranej.


Możesz swojemu państwu (z którym grasz) dawać „tak” lub „nie” – jak ono zresztą tobie. Te „tak” i „nie” mogą polegać na decyzjach o różnym ciężarze gatunkowym: od wspierania funkcjonariuszy państwa (z naszej strony), po sprzyjający system podatkowy (ze strony państwa). Wynik gry zależy od tego, jak gracze reagują na swoje posunięcia, jaką taktykę przyjmują.

Kotlarz opisuje, że organizowane są zawody komputerów grających w „dylemat więźnia”. Szukając optymalnej taktyki, okazało się, że wygrywa program zawierający dwie proste heurystyki:

  1. „w pierwszej grze kooperuj, nie zdradzaj, a potem:
  2. rób to, co on poprzednio: jeśli cię zdradził - zdradź, jeśli kooperował - kooperuj.

Niektórzy traktują to jako przesłanie moralne: bądź przyjazny, kooperatywny, karz zdrajców, ale jeśli się poprawią, nie bądź pamiętliwy.” [7]

Znaczy: podaj państwu, a nawet urzędnikowi przyjazną rękę, a jak cię władza „ugryzie” – zrób tak samo.

W niektórych sytuacjach taktyka niekooperacyjna przynosi jednak sukces, a zaprzestanie współpracy polepsza nasze położenie, czego przykładem jest gra „Pastwisko”. Odnosi się do stosowania taktyk kooperacji i rywalizacji w sytuacji dóbr niepodzielnych, takich jak bezpieczeństwo czy zdrowie.

Oto model gry. Jest pastwisko (nie można go podzielić, takie jest założenie dla graczy), na którym pasą się krowy. Istnieje optymalna ilość krów, które mogą paść się na pastwisku (przynosząc najlepszy zysk). Zwiększając ilość własnych krów do pewnego czasu maksymalizujemy swoje zyski kosztem innych. Jeśli to robi więcej uczestników gry, limit oczywiście jest przekroczony dużo szybciej. Opisuje to poniższa tabela.

Liczba krów

Zysk z jednej

Zysk łącznie

10

1000

10.000

11

900

9900

12

800

9600

13

700

9100

14

600

8400

15

500

7500

16

400

6400

17

300

5100

18

200

3600

19

100

1900

20

0

0

 

„Proces decyzyjny jest zawsze ten sam: wyłamanie się z koalicji, i dodatkowe obciążenie pastwiska jest dobrą indywidualną strategią.”[8]

W praktyce wychodzenie poza reguły gry i eliminowanie konkubentów stało się „dobrą” taktyką dla silniejszych uczestników gry, którzy w praktyce zawłaszczają pastwisko.

Przykładami takich niepodzielnych dóbr może być już wspomniane wcześniej bezpieczeństwo lub kadry (etaty), jako dobro „wspólne pastwiskowe”. Kadry, dlatego, ponieważ w administracji państwowej (ale też w wielu korporacjach) opłaca się zatrudniać niekompetentnych przez niekompetentnych w celu minimalizowania ryzyka utraty stanowiska. Po jakimś czasie eliminuje to rynek i decydenci zamrażają sytuację, ale świat i tak idzie naprzód i firmy (i państwa) plajtują, a system wali się „na łeb” zarządzany przez niekompetentnych menedżerów. Ten mechanizm może wyjaśniać wiele zjawisk w obrębie administracji państwowej, z jakimi mamy doczynienia.

Jedynym remedium na nepotyzm i Zasadę Petera (każdy urzędnik, czy pracownik musi osiągnąć nieuchronnie własny poziom niekompetencji) jest konkurencja grup.

 „Zepsucie może zagrażać nawet całym społeczeństwom, zatracającym dobra wspólne, zwanymi zasobami społecznymi, takie jak moralność, życzliwość, praworządność, kooperatywność, przedsiębiorczość itd.”[9] 

Gracze w prawdziwym życiu szukają takich reguł – a raczej starają się je ustalić jako obowiązujące – jakie przyniosą im sukces (subiektywna wartość wyników). Poza tym w realnym życiu nie wszyscy są zainteresowani w maksymalizowaniu tychże. W grze – symulacji założenie jest takie, że każdy gracz zna wszystkie strategie i dąży do maksymalizowania swoich zysków. W życiu tak być nie musi.

W 1972, jako jeden z pierwszych, Charles Mc CIintock zaproponował analizowanie zachowań społecznych wedle czterech podstawowych orientacji występujących u ludzi: (motywów): kooperacja, indywidualizm, altru­izm i rywalizacja. Jak sądzicie, która z tych orientacji przeważa obecnie? W jakiej grupie? Od czego to zależy?

Recepta i podsumowanie

Wydaje się – zachowując, naturalnie, wszelkie proporcje – że nawet Pan Bóg  (w swojej nieskończonej dobroci) zaproponował nam grę, która stanowi specyficzne połączenie licytacji o dolara, dylematu więźnia i pastwiska. Wszystko po to, abyśmy grając, jak nasze życie długie i szerokie, nauczyli się pewnej mądrości. Naszym zdaniem wygląda ona tak. Rywalizacja ma sens jedynie w poszerzaniu dobra i otwarciu się na innych i na Boga (Do gwałtowników należy Królestwo Niebieskie). Patrząc w kontekście „dylematu więźnia” Stwórca wymaga od nas zdecydowanego „Tak” wyrażonego Wiarą, Miłością i Nadzieją w przeciwnym razie (trochę inaczej niż w oryginalnym „dylemacie więźnia”) wiele na tym tracimy. Pan Bóg paradoksalnie traci na tym tylko tyle, że my nie zyskujemy. Pastwisko (nomen omen: „Paś baranki moje”) reguluje nasze relacje z innymi uczestnikami „życia” i tu najbardziej zalecaną taktyką jest: uczciwość, miłość bliźniego i samoograniczenie rozumiane jako pokora i uczciwość (Kto od ciebie zażąda szaty...), aby i inni uczestnicy tego „bożego pastwiska” mogli się pożywiać w pokoju. O wyborze strategii decydują informacje o graczu oraz Ewangelia, która przynosi nam o Panu Bogu informacje zupełnie jasne, pewne i wystarczające.

A jak jest w naszych ziemskich relacjach? Za jakiego gracze uważamy nasze państwo (jak tez pośrednio innych uczestników gry)? Jakie są reguły? Oto pytanie niebłahe, nad którym warto się pochylić.

Co zrobić, aby nasze osądy splecione były bardziej miarodajne prawdziwe? Zakładamy, że świat, jaki nam się jawi jest prawdziwy – pominąwszy kilku filozofów, którzy bezustannie szukają dziury w całym. Na pewno na jakość naszego oglądu korzystnie wypłynie stosowna doza pokory odnośnie możliwości własnego rozumowania i odrobina sceptycyzmu, co do jego wyników.

A co z państwem-graczem? Nasz wybór gry zależy od tego, za kogo mamy gracza (stałość i jakości reguł gry) oraz czy uważamy, czy są one sprawiedliwe). Może pamiętacie taki skecz (kabaretu „Dudek”?): Dwóch gości gra z w szachy (Fronczewski i Pszoniak). Nagle jeden z nich, ponieważ partia nie układa mu się tak jak powinna, zaczyna na szachownicy wykonywać takie ruchy, jak przy warcabach:

-         Panie, co pan robi!? W co pan grasz?!

-         Gram w to, co wygrywam! – Brzmiała odpowiedź.

Państwo jako uczciwy gracz, to by była doprawdy nowość. Gdyby umiało jasno określić pola gier: tu kooperujemy (bezpieczeństwo, praworządność etc.), a tam rywalizujemy (liberalna gospodarka). Do tego taka deklaracja: oto jasny regulamin i reguły, i one się nie zmienią przez taki to a taki okres czasu. To jest „nasze wspólne pastwisko” i musimy go tak urządzić, aby umożliwić maksymalizowanie zysku dla wszystkich uczestniczących w tej „grze”. Na takim państwie, jak nasze, można polegać. Dla tych, co łamią reguły – zwłaszcza po stronie administracji i funkcjonariuszy – poważne konsekwencje (płacz i zgrzytanie zębów), bo wraz z władzą idzie w parze odpowiedzialność.

 



[1] E. Aronson, T. D. Wilson, R. M. Akert,  Psychologia społeczna. Serce i umysł, Zysk i S-ka, Poznań 1997

[2] Ibidem

[3] Ibidem

[4] Ibidem

[5] D. Goleman, Inteligencja emocjonalna, Media Rodzina, Poznań, 1997

[6] J. Kotlarz, Gry globalne i lokalne rozważania nad naturą i przyczynami ubóstwa narodów, www.jankotlarz.kom.pl, pobrano 10.11.2005

[7] Ibidem

[8] Ibidem

[9] Ibidem

 

5 luty

Odrobina humoru do beczki dziegciu

Kto to jest psycholog/psychiatra?

Jest to człowiek, który za twoje pieniądze zadaje ci dziesiątki pytań, które żona zadaje ci za darmo.

 

Skąd bierze się humor i komu jest do szczęścia w ogóle potrzebny, oto jest pytanie natury psychologiczno-humorystycznej.

Zacznijmy od rozbieżności, która to dla zaistnienia poczucia humoru, jest kwestią najważniejszą, czyli od tego, co oczekujemy i tego, co się dzieje w rzeczywistości (co innego widzę, co innego słyszę). Właściwie Polacy powinni mieć w tej materii dużą wprawę i dosłownie non stop tarzać się ze śmiechu – zwłaszcza po wyborach...

Jeśli jednego oczekujemy a dzieje się drugie, to źródłem humoru jest właśnie rozbieżność między tym, co oczekujemy, a tym, co może nas zaskoczyć. T.R. Shultz powiedział o tym uczenie tak: „konflikt pomiędzy oczekiwaniami jednostki a tym, co aktualnie się pojawia w jej percepcyjnym doświadczeniu”, które rodzi w nas zbawienne dla poczucia humoru zaskoczenie i poznawcze pobudzenie. Dzięki czemu możemy śmiać się z takich dowcipów:

- Mądre osoby mają zazwyczaj wątpliwości. Tylko głupcy są pewni siebie.

- Jesteś tego pewny?

- Całkowicie!

Oto jeszcze inne cechy humoru dla tych wszystkich, którzy chcieliby rozśmieszać naród naukowo, choć we własnym zakresie:

Humor:

  1. Wskazuje na wszelką nienaturalność, sztuczność, odstępstwo od normy, patologię .

Zawsze niewyczerpanym źródłem inspiracji jest władza, poczynając od zagadki: „Dlaczego Włodzimierz Lenin był największym przyjacielem dzieci?” (kto nie zna – niech żałuje).

  1. Może być dydaktyczny, ale nie musi.

Oczywiście pamiętacie, jak Jan Kobuszewski szkolił swojego pomocnika Wiesława Gołasa: Wężykiem, Jasiu, wężykiem...

  1. Zależy od poziomu odbiorcy.

Ciekawe, że wielu przedstawicieli „przewodniej siły” tak chętnie słuchało ww. rozśmieszaczy narodowych.

  1. Odbiór dowcipu jest uzależniony też od kontekstu kulturowego i psychologicznego:

Do zrozumienia komizmu zawartego w perypetiach Anioła i mieszkańców bloku przy ulicy Alternatywy 4 Australijczykowi nie pomógłby żaden tłumacz.

  1. Ma znaczenie autoprezentacyjne, zwiększa atrakcyjność

Politycy, szefowie, starają się być dowcipni w nadziei, że ich polubimy bardziej a dzięki temu oni będą rządzić odrobinę dużej.

  1. Dobrze wpływa na relacje z innymi

Jeśli chcesz poprawić relacje z teściową, koniecznie opowiedz jej kilka dowcipów a najlepiej taki: Co to jest „teściowa na 102”? Odpowiedź: 100 metrów od domu i 2 metry pod ziemią.

  1. Posiada funkcje komunikacyjną i perswazyjną.

Dzień dobry. Tu gorąca linia psychiatryczna. Jeśli twój problem to impulsywność, walnij w klawisz z cyfrą 1. Jeśli masz kompleks niższości, niech ktoś lepszy wciśnie za ciebie klawisz 2. Jeżeli masz rozdwojenie jaźni, wciśnij klawisze 3 i 4 jednocześnie. Jeżeli cierpisz na manie prześladowczą, naciśnij 5, ale skąd wiesz, co się wtedy stanie?

  1. Może spowodować refleksję

Do czego chyba zawsze większość rządzących podchodziła bardzo nieufnie, bo nigdy do końca nie była pewne, co z tych śmiechów może wyniknąć.

Istnieją dwie grupy osób, które stanowią koszmar każdego kabaretu, o ile dominują na widowni:

Pierwsza z nich charakteryzuje się syndromem „negatywnej emocjonalności” (wysoka neurotyczność i lęk, obniżony nastrój, niewielka satysfakcja seksualna... to ostatnie niekoniecznie można sprawdzić w trakcie przedstawienia)

Drugą charakteryzuje tzw. „miękkości myślenia”.

„Miękki” sposób myślenia polega na nadzwyczajnej wrażliwości na ludzkie niedole, ale raczej sentymentalnej, litowaniu się nad sobą, cechuje je chwiejność emocjonalna i brak jej nie tylko pewności siebie, ale i odporności psychicznej i skłonności do nadmiernego intelektualizowania

Kim jest człowiek, który ma poczucie humoru?

Musi wyrażać, rozumieć i reagować na komizm. Czy dlatego mężczyznom udaje się rozbawić kobiety w 71 procentach przypadków, kobietom zaś mężczyzn – w 39 procentach, to już jest zupełnie inna historia i to raczej z zakresu… doboru naturalnego. Gdyby nie mogli być dowcipni to, jakie mieliby szanse? Zarówno przed a zwłaszcza po ślubie....

Może się jednak zdarzyć, że opowiemy bardzo śmieszny dowcip (naszym zdaniem, które sami podzielamy) i zostanie on odrzucony? Dlaczego?

I tu psychologia śpieszy z pomocą. Dzieje się to za sprawą tzw. wymiaru awersyjności, czyli… jest to kwestia smaku.

Żeby dowcip został uznany za przezabawny, musi jednocześnie łączyć wysoką ocenę stopnia swojej zabawności wraz z możliwie najniższym poziomem awersyjności.

Humor może ma właściwości lecznicze. To nie jest żart.

Dwaj starzy przyjaciele spotykają się po długim czasie.
- Co słychać? - pyta pierwszy.
- A, nic dobrego - odpowiada drugi - Cierpię na moczenie nocne i nie wiem, co z tym zrobić.
- Wiesz co, tu niedaleko mieszka dobry psychoterapeuta. Spróbuj, może on najdzie sposób.
Przyjaciele spotykają się po kilku miesiącach.
- No i co, byłeś u tego psychoterapeuty?
- Byłem i jestem Ci bardzo wdzięczny.
- Już się nie moczysz?
- Nie, ale teraz jestem z tego dumny!

Sam Zygmunt Freud głosił, że: „Poczucie humoru jest najpotężniejszym mechanizmem obronnym. Pozwala na zaoszczędzenie energii psychicznej... Powiedzeniem żartobliwym blokujemy wtargnięcie przykrych emocji.”

Humor daje spojrzenie z dystansem do siebie i na swoje sprawy – na przykład, kiedy spotka się „mężczyzna z przeszłością z kobietą po przejściach”. Jeśli potrafisz śmiać się z siebie – to najlepszy dowód, że masz poczucie humoru.”  (Molier)

 

Humor to też optymistyczny sposób tłumaczenia sobie zdarzeń, które dostarcza nam świat.

Nawet w tak intensywnie reformowanym kraju jak Polska.

To, jak się czujemy, zależy od naszego myślenia a dokładnie od sposobu wyjaśniania niepowodzeń[1] – to znaczy od tego, jak interpretujemy rzeczywistość – owe wydarzenia, które nam się w życiu przydarzają. Możemy mieć pesymistyczny lub optymistyczny sposób wyjaśniania i ten ostatni niewątpliwie związany jest z poczuciem humoru, które sprzyja pozytywnym interpretacjom.

Polepsza samoocenę i śmiało każdemu możemy powiedzieć: Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie.

„Humor i cierpliwość to dwa wielbłądy, na których przemierzyć można wszystkie pustynie.”[2] Być może nawet umożliwia korzystanie z państwowej służby zdrowia i działalność gospodarczą bez znajomości i korupcji.

 

 

 



[1] Martin Seligman

[2] Phil Bosmans